| II Mazurskie Zawody Balonowe - relacja |
|
Nigdy wcześniej nie byłam w Ełku. Nigdy wcześniej nie leciałam balonem. Teraz żałuję, że tak późno zaczęłam, bo II Mazurskie Międzynarodowe Zawody Balonowe o Puchar Prezydenta Ełku były cudownym przeżyciem. Do miasta wjechałam wzdłuż nowego, kolorowego osiedla malowniczo położonego nad brzegiem jeziora. Potem nadbrzeżnym bulwarem, wzdłuż ciągu hotelików, kanajpek i barków, mijając marinę dotarłam do swojego hotelu. Wysoka skarpa wznosząca się od brzegu w stronę centrum poprzecinana wąskimi schodkami i piętrowymi balkonami przypomina włoskie miasteczka. Tylko, że na dole nie morze a jezioro. Cudnie. Dopiero kilka dni później zorientowałam się, że nie cały Ełk jest tak uroczy i że ma on również swoje „gorsze“ przemysłowo-kolejowe oblicze. No ale w końcu to prawdziwe miasto a nie sezonowy kurort. Mieszkańcy miasta ochoczo korzystają z jego walorów rekreacyjnych. Tłumy spacerowiczów nad jeziorem, w parku i na miejskiej plaży (bardzo porządnej, z pomostami, wydzielonym kąpieliskiem i ratownikami) świadczą o tym, że nie tylko turyści lubią to miejsce. Ale ja tu przyjechałam nie tylko zachwycać się Ełkiem ale i zaznać powietrznej przygody. Wskakuję na rower (dobrze, że go wzięłam) i pędzę przez pięknie utrzymany park ze ścieżkami rowerowymi do Centrum Edukacji Ekologicznej gdzie znalazł miejsce „sztab“ zawodów balonowych. Przed drzwiami dyrektor sportowy zawodów Jerzy Borowski i kilku pilotów z zafrasowanymi minami gapią się na drzewa. Patrzę i ja ale nic specjalnego nie widzę. Za chwilę XX przynosi malutki, dziecięcy balonik i puszcza go w powietrze. Potem za pomocą przyrządu przypominającego dawne światłomierze śledzi jego lot. Minę ma nietęgą. Po wczorajszej paradzie dziś miały się odbyć pierwsze loty liczące się w zawodach ale coś jest nie tak. Zaczyna się odprawa. Wszystko się wyjaśnia. Wokół wielkiego stołu piloci i członkowie załóg pochyleni nad mapami słuchają komunikatu meteo. Wiatr jest za silny. Wieje co prawda w dobrym kierunku ale jest za silny. Bo latanie balonem jest możliwe tylko dzięki sile wiatru, to wiatr popycha balon, którym pilot może sterować tylko na osi góra-dół. Ale wiatr powinien wiać z prędkością 3-5 m m/sekundę. Silniejszy jest niebezpieczny. Ważna też jest temperatura powietrza. Dlatego też latem w naszym klimacie można latać tylko wczesnym rankiem i późnym popołudniem. W ciągu dnia “termika“ jest niewłaściwa. Później uda mi się dowiedzieć, że owa tajemnicza „termika“ to mieszanie się warstw powietrza o różnej temperaturze. Tak się dzieje latem w ciągu dnia. Takie wymieszane powietrze jest niebezpieczne dla balonów. Co gorsza próbny balonik w czasie swojego lotu wpadł w turbulencje. Pogoda jest nielotna. W zasadzie jest na granicy, więc dyrektor decyduje, że ruszamy na miejsce startu a tam się zobaczy i zdecyduje. Według prognozy meteo wiatr powinien słabnąć z minuty na minutę... Wychodzimy przed budynek a ja rozglądam się za balonami. Nie widzę żadnego. – A gdzie są balony? – decyduję się na pytanie. Jeden z pilotów patrzy na mnie z niedowierzaniem. – W przyczepach – odpowiada. No tak, wykazałam się totalną ignorancją, wyobrażałam sobie, że oni te balony będą ciągnąć na sznurkach jak dzieci! No dobra, wskakuję na rower I pędzę za kolumną samochodów z przyczepami na miejsce startu, na druga stronę jeziora, na górkę. Piękne miejsce i piękny stąd widok na Ełk. Samochody ustawiają się na polu. Z przyczepek wyłaniają się powoli wielkie wiklinowe kosze, zwoje lin i ogromne, kolorowe powłoki balonów. Mają różne kształty. Balony sportowe są zazwyczaj smuklejsze od tych przeznaczonych do lotów widokowych. Na szczycie górki staje maszt. Tam „dowództwo“ zawodów sprawdza siłę I kierunek wiatru. Piloci rozpakowują balony, spoglądając co jakiś czas w stronę masztu. Wreszcie jest. Na masz wjeżdża czarna flaga. Nie lecimy. Kilka załóg jednak kontynuuje przygotowania do lotu. Moją uwagę przyciąga śliczna dziewczyna w sportowym kombinezonie lotnika, spokojnie i stanowczo komenderująca załogą. Ustawiają palnik, który będzie podgrzewał powietrze w powłoce balonu, włączają. Palnik zapala się z hukiem. Widzowie, licznie zgromadzeni przypatrują z ciekawością poczynaniom załóg. Obok ślicznej pilotki ustawia się do zdjęcia mała dziewczynka. Babcia robi jej zdjęcia. - W telewizji usłyszałam jakąś informację o lotach – opowiada pani Krystyna Łojek. – Zaciekawiło mnie to, znalazłam a internecie namiar na organizatorów, wzięłam wnuczkę I przyjechałyśmy – mówi. Starsza wnuczka niestety rozchorowała się tuż przed wyjazdem. Przyjechały aż z Warszawy. – Nie, z zawodu nie mam nic wspólnego z balonami – śmieje się Krystyna, w odpowiedzi na moje pytanie. – Jestem inżynierem sanitarnym, teraz już na emeryturze i bardzo lubię podróżować po Polsce i zabierać moje wnuczki. Nie wiem, czy im coś z tego, co zobaczą w głowie zostanie, ale może tak – zamyśla się. Niestety nikt z publiczności nie poleci. Jest zbyt niebezpiecznie i tylko trzech pilotów decyduje się na lot mimo trudnej pogody. Trzy balony kolejno odrywają się od ziemi. Publiczność bije brawo, flesze błyskają, piloci machają na pożegnanie. Balony wznoszą się z ogromną prędkością I lecą w stronę jeziora. W promieniach zachodzącego słońca wyglądają cudnie. No i już. Koniec na dziś. Następna odprawa nazajutrz o piątej rano. Karina z babcią na piątą na pewno nie przyjadą, bo stacjonują ładnych kilkadziesiąt km od Ełku. Ale Karina zobaczyła balony i jest zadowolona. Zaimponowała mi pani Krystyna. Ot, tak usłyszała w telewizji, znalazła w internecie, wzięła wnuczkę I przyjechała. I chciało jej się. U mnie medal Super Babci. O piątej rano wszystko jest bardzo powolne. Pierwszy kęs przydziałowej drożdżówki żuje się i żuje. Nagle śliczna pilotka, zauważona wczoraj, pojawia się w sali odpraw ze śpiącym na ramieniu synkiem. Dziewczyna intryguje mnie coraz bardziej. Zaczynamy rozmawiać. Wzięła synka na zawody,bo się za sobą bardzo stęsknili. Beata tydzień wcześniej wróciła z Balonowych Mistrzostw Świata Pań we Francji, gdzie synek nie mógł jej towarzyszyć. Podpytuje o wyniki i dowiaduję się, że właśnie rozmawiam z wicemistrzynią świata. XX Budzi się i bez marudzenia zagłębia w drożdżówkę. Beata pochyla sie nad mapą. Zaczyna się odprawa. Dyrektor XX podaje komunikat meteo oraz konkurencje. Niewiele z tego rozumiem ale wkrótce Beata wszystko mi wyjaśnia. Zawody balonowe polegają na tym aby w czasie lotu zrealizować jedno lub kilka zadań. Jakie to zadania piloci dowiadują się na odprawie przed lotem. Najczęściej spotykane zadania to jak najdłuższe przebywanie w wirtualnej, przestrzennej figurze wyrysowanej w powietrzu przez współrzędne punktów krańcowych, inne zadanie to zrzucenie tzw markera czyli ciężarka z szarfą w punkcie oznaczonym krzyżem ułożonym na ziemi lub wylądowanie w oznaczonym punkcie. Liczy się dokładność ale też czas, bo często dany „punkt kontrolny“ jest aktywny tylko w oznaczonym czasie np. Pd 7.00 do 7.30. Wcześniejszy lub późniejszy przelot przez punkt kontrolny nie liczy się. Startować można z dowolnego miejsca lub z miejsca wyznaczonego przez dyrektora sportowego. Przy zawodach takich jak te, dyrektor musi brać pod uwagę nie tylko warunki atmosferyczne ale też obserwatorów. W końcu te zawody, to ma być atrakcja dla turystów i mieszkańców. Dyrektor Jurek Borowski musi się dobrze nabiedzić aby wybrać takie miejsca startu i punkty kontrolne aby pogodzić wymogi zawodów (w tym możliwość bezpiecznego wylądowania po konkurencji) z oczekiwaniami organizatorów. Oczywiście najlepiej byłoby gdyby balony mogły przelecieć nad całym miastem, nad jeziorem I wylądować po drugiej stronie na rozległych polach. Niestety wiatr nie zawsze to rozumie i nie zawsze chce wiać w odpowiednim kierunku. Następnego popołudnia dyrektor decyduje więc, że start nastąpi z miejskiego parku. Tak, żeby widzowie mieli możliwość zobaczenia przygotowań załóg, napełniania balonów powietrzem i startu. Widzowie z tej możliwości korzystają tłumnie I cały park wypełniają załogi, balony, tłumy mieszkańców i gości. Umawiam się z pilotem Adam Jaskólski, że pojadę z jego załogą samochodem po balon, kiedy wyląduje po zawodach. Najpierw jednak trzymam powłokę i pomagam ogrzać nadmuchiwane do niej powietrze. Okazuje się, że baloniarstwo to bardzo niebezpieczny sport, gdyż od razu opalam sobie rzęsy. W końcu startuje, wznosi się w powietrze a my pędzimy do samochodu. Ambicją załogi jest znaleźć się na miejscu lądowania przed balonem. Niestety nie wiadomo gdzie on wyląduje. Atmosfera w samochodzie nieco nerwowa, jedna osoba patrzy na mapę, druga śledzi lot balonu, trzecia kieruje… Dojeżdżamy do miejsca, gdzie balony powinny wylądować – takie jest zadanie. Widzimy jednak, że wiatr słabnie a zawodnicy nie mają szans dolecieć tak daleko. Balony kołyszą się łagodnie w powietrzu i wyglądają pięknie nad lasem ale nie posuwają się do przodu! Robi się jeszcze bardziej nerwowo, z każdą sekunda wiatr słabnie. – Gdzie o jest teraz – pyta Irena, załogantka, prywatnie żona pilota. – No, teraz to on jest nad jeziorem – mówi drugi załogant, patrząc na mapę. – O… niedobrze – zgadzają się wszyscy. Widzimy zielony balon lądujący stosunkowo niedaleko nas. Pytam kto to i dowiaduję się, że Beata. „Ha, panie górą“ – myślę sobie ale nic nie mówię, bo przed nami powoli coraz wyraźniej rysuje się perspektywa wodowania. To znaczy, że ktoś będzie musiał po balon popłynąć. Dopiero później uświadamiam sobie, że ani przez chwilę nie było na serio takiego pomysłu. Pilot jest zbyt doświadczony, żeby wodować, to było tylko tak, na mój użytek, dla podkręcenia atmosfery. Widzimy, że Adam ląduje. Ale gdzie on jest?? Jedziemy. Zagłębiamy się w sieć wąziutkich, leśnych dróżek, których nie ma na naszej mapie. Pojawia się samochód z naprzeciwka. Hamuje. Kierowca macha do nas. – Wy od tego balonu jesteście?? – krzyczy. – Na plaży wylądował, cały czas trzymajcie się prawej – tłumaczy. Jedziemy. Jest! Otoczony gromadką gapiów, którzy porzucili grill aby z bliska podziwiać balon, który wylądował kilka metrów od nich. Później Adam opowiada: „Pierwszy raz nadleciałem, widzę ludzi przy grillu i czuję, że mnie niesie podmuch przy ziemi w stronę jeziora, więc krzyczę, że im rzucę linę, żeby mnie przytrzymali a oni się śmieją! No i jakoś na następnej plaży udało mi się wylądować.“ Pakujemy balon do przyczepy i ruszamy, bo już późno. Za chwilę mija termin zdania logerów. To są takie urządzenia, które rejestrują trasę lotu, pomiar jest co sekundę. Odczyt z logera pozwala bardzo dokładnie prześledzić lot, a co za tym idzie stopień wypełnienia zadań konkursowych. To już koniec zawodów głównych. Wieczorem będzie koncert na miejskiej plaży, pokaz balonów I wręczenie nagród. A następnego dnia o 6 rano lot, w którym do zdobycia jest nagroda dodatkowa – kamera. Już jestem umówiona z Beatą, że juto z nią lecę! Trochę się denerwuję. Zapada zmrok. Na scenie piękne cygańskie śpiewy i tańce. Nad samym jeziorem kilka balonów kołysze się na uwięzi. Co jakiś czas piloci włączają palniki I balony rozświetla łuna. Odbija się w wodzie. Pięknie jest. Idę na pomost zrobić zdjęcie. Mocny chwyt w pasie unieruchamia mnie zupełnie nieoczekiwanie. Zdumiona odwracam głowę. Ratownik zawsze na posterunku! Na pomost nie wolno! Czujny! Umawiamy się, że jednak wejdę na pomost i zrobię zdjęcia ale nie będę skakać do wody. Przystaje na to. Biegnę do biura zawodów i patrzę na tablice wyników. Nie jest łatwo ale w końcu orientuję, że chyba wygrała Beata! – Czy to ja dobrze rozumiem, że wygrał najpiękniejszy pilot zawodów? – pytam dyrektora Jurka Borowskiego. – Wie pani, ja jestem żonaty – odpowiada niezupełnie na temat. Biegnę nad jezioro pogratulować Beacie. Jest szczęśliwa, przyjmuje gratulacje. Zielony balon przyczepiony do samochodu, co chwila rozświetla jasna łuna – na wiwat chyba. W samochodzie śpi Wiktor. Wsiadam na rower I do hotelu, w końcu rano po raz pierwszy lecę balonem i głupio byłoby zaspać! Nazajutrz melduję się punktualnie na odprawie. Beata też jest, na szczęście. – No nie, to my nie lecimy, po coś tu przyszła, jeszcze ci mało – żartują koledzy-piloci na jej widok. Wiktor też już nie śpi – Mama wygrała dwa puchary i aparat fotograficzny ale bez baterii – tłumaczy mi przejęty. Wygrała też, jak wiem, nagrodę Prezydenta Kuwejtu – przelot, zakwaterowanie (dla niej, męża i dzieci) do Dubaju oraz udział w tamtejszych zawodach balonowych. Dyrektor puszcza balonik. Wiatr jest! Zadaniem w dzisiejszej konkurencji będzie rzut dowolny (markery zamknięte w nieczynnym dziś Centrum Edukacji, więc rzucać się będzie czymkolwiek) na krzyż ułożony w parku miejskim. Start z dowolnego punktu. Beata w skupieniu patrzy na mapę. Wybiera miejsce startu. Koło miejskiego szpitala. Będzie atrakcja dla pacjentów! Jedziemy. W samochodzie pilotka cały czas sprawdza GPS. – Dobrze – mówi – teraz mamy 20, o nie za daleko! Tu już mamy 25! – komentuje. W ogóle nie rozumiem o co chodzi ale nie pytam, bo przeżywam w ciszy swój strach. W końcu miejsce wybrane. Wyciągamy kosz, rozkładamy powłokę. Też pomagam – w końcu na chwilę należę do drużyny. Wreszcie balon kołysze się w pionie, przytrzymywany przez chłopaków z załogi i Beata mówi, że czas mi wsiadać. – Nigdy nie leciałaś – pyta Andrzej. – Nie – przyznaję przez zaciśnięte zęby. – No to będzie pasowanie – mówi tajemniczo. Ale nie ma czasu się nad tym zastanawiać bo robię zdjęcia Beaty włączającej palnik. Nagle kątem oka widzę okno. No tak, lecimy! Nie poczułam chwili startu. W zasadzie w ogóle nie było żadnych sensacji. Nawet lęku wysokości zero. Bo to zupełnie co innego niż wychylanie się z okna. Po prostu jesteśmy bardzo wysoko, mamy wrażenie, że tkwimy nieruchomo, w bardzo stabilnym koszu a pod nami przesuwa się coś na kształt makiety elektrycznej kolejki (to dlatego, że lecimy nad stacją kolejową w Ełku!). Nierealność tej sytuacji powoduje, że nie pojawia się żaden lęk. Jest miło I przyjemnie, widoki piękne, jeziorko pod nami. Ale nagle zupełnie niespodziewanie zza drzew wyłania się biały krzyż ułożony na ziemi. Ups, jesteśmy dość daleko. Beata walczy o poprawieni kursu kazać mi wychylać się z kosza! No trudno, raz kozie śmierć, a jak zawody, to zawody. Wychylam się. Beata rzuca ciężkim butem, który w ostatniej chwili przed startem Andrzej wrzucił nam do kosza. – No, niestety – mówi – nie wygram tej kamery, nie ma co się łudzić. Rzeczywiście, z góry widziałyśmy rękawiczkę dużo bliżej środka krzyża niż nasz but. – Ale – dodaje Beata – naprawdę nie mogę chcieć już niczego więcej, wygrałam w końcu te zawody – śmieje się. Lecimy spokojniutko, z dołu ludzie machają do nas. – Dzień doobryy – krzyczy do nich Beata. Szuka miejsca na lądowanie. Wybiera łączkę blisko drogi, tak aby łatwo było dojechać samochodem. Schodzimy coraz niżej. Spod balonu zrywają się dwa spłoszone zajączki i uciekają w podskokach. Lądujemy łagodnie. Chłopcy z załogi już są. Było cudnie. A potem odbyło się wspomniane wcześniej przez Andrzeja pasowanie ale pozwolą Państwo, że oszczędzę Wam żenujących fragmentów swojej biografii. Monika Węgrzyn
www.polskawita.pl |